Mateusz Żuchowski
Jestem dziennikarzem motoryzacyjnym, publikuję w największych polskich magazynach i portalach internetowych. Komentuję wydarzenia przemysłu samochodowego w ogólnopolskich mediach.
RSS
Blog > Komentarze do wpisu

Najwięcej kibiców będzie dzisiaj na...

...Circuit de la Sarthe we Francji. Na legendarnym 24-godzinny wyścigu świętuje ponad dwieście tysięcy fanów sportu.

W Polsce łatwo ulegamy mocy marketingowej piłki nożnej, zapominając potencjale sponsorskim innych dyscyplin sportowych. Nie trzeba nawet patrzeć w statystyki, aby być pewnym, że największe pieniądze na sport idą w Polsce na futbol: jak informuje raport Deloitte "Polska Liga Finansowa", największe krajowe kluby Ekstraklasy notują przychody na poziomie kilkudziesięciu milionów złotych, przez cały czas przyśpieszając tempo ich wzrostu o kilkanaście procent rocznie. Aż 45% przychodów to zasługa wpływów komercyjnych i ciągle zwiększają one swoją rolę w budżetach klubów. W zakresie środków finansowych przeznaczonych na sport, piłka nożna przyjęła w Polsce rolę hegemona. Nasi krajowi przedsiębiorcy swoje inwestycje reklamowe łączą z przyjemnością, zasilając konta drużyn, którym kibicują (także zagraniczne, jak pokazuje ostatni kazus Juventusu Turyn). Ich śladem idą zagraniczne koncerny, które kierując się racjonalnymi pobudkami wybierają najbardziej wyeksponowane, efektywne środki promocji. Stadiony w Polsce to miejsce, gdzie miesza się świat interesów, polityki i wielkiej popularności. Z biznesowego punktu widzenia, futbol działa w Polsce świetnie.

 

103-letni tor Indianapolis Motor Speedway to największy obiekt sportowy na świecie. Na doroczny wyścig Indy 500 przyjeżdża tu około 400 000 widzów. Wśród 10 mieszczących najwięcej kibiców budowli sportowych na świecie aż osiem to tory wyścigowe. Największy stadion Rugrando w Korei Północnej jest dopiero piętnasty. 

Wychodząc jednak z naszego ciasnego, krajowego punktu widzenia warto otworzyć oczy na inne możliwości. Cały kraj żyje teraz decydującym meczem Polska-Czechy i nikt nie dopuściłby chyba do siebie myśli, że równolegle ma dzisiaj miejsce jeszcze większe święto sportu. Tymczasem właśnie teraz w niewielkiej miejscowości Le Mans na północy Francji, trwa jubileuszowa, 80. edycja kultowego, 24-godzinnego wyścigu wytrzymałościowego. Od godziny 15 w sobotę do godziny 15 w niedzielę na historycznym obiekcie rywalizować będzie 56 zespołów, wśród nich ekipy wystawione m.in. przez Audi, Toyotę, Chevroleta i Astona Martina. Ich zmagania na torze przez następną dobę będzie obserwować na żywo ponad dwieście tysięcy ludzi, a na całym świecie za pośrednictwem kilkudziesięciu kanałów i przekazów internetowych obejrzą miliony ludzi. Dla niektórych sam tylko ten odbywający się raz do roku wyścig stał się celem i sensem całego życia, a i wiele zwykłych obywateli z Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii przyjeżdża tu, rozkłada namiot i ogląda walkę wielkich prędkości maszyn i wycieńczenia mechaników trwającą całą dobę.

 24 heures du Mans to nie tylko miejsce najbardziej prestiżowej rywalizacji czołowych producentów samochodów, ale i blisko tygodniowe nieprzerwane święto wielu tysięcy kibiców. W obrębie toru znajdują się sceny muzyczne i wesołe miasteczko. 

We Francji czy Włoszech swój tor wyścigowy mają nawet niewielkie miasteczka, a weekendowa rywalizacja szarych obywateli to w Wielkiej Brytanii nieomal sport narodowy. W Polsce tymczasem mamy jeden tor w Poznaniu i pół w Miedzianej Górze pod Kielcami, która właściwie jest wyłączona z poważnych imprez ze względu na konieczność zamknięcia fragmentu drogi krajowej, na co już odpowiedzialne władze nie chcą się godzić. Tym sposobem największe źródło przychodów i obecności widzów na tych obiektach stanowią niedzielne giełdy zdezelowanych wozów sprowadzanych z Niemiec i części z podejrzanych źródeł. Zdarzają się nawet tak kuriozalne sytuacje, kiedy to handel ma u nas na torze ważniejszą rolę niż wyścig! 

Patrząc na tę sytuację z tak kompletnego punktu widzenia, można więc dojść do wniosku, że kultura wyścigowa nie będzie nigdy stała w Polsce na takim poziomie, co na Zachodzie. To, że nie mamy wielu torów wyścigowych i gwiazd związanych z tym sportem, zależy nie tylko od sytuacji gospodarczej, ale i społecznej. W czasie gdy kolejne generacje naszych sąsiadów zza Odry wychowywało się na Targa Florio czy Nuerburgring Nordschleife, u nas władzom PRL udało się skutecznie wyrugować sport samochodowy, przedstawiając go jako zbyteczną fanaberię wyższych klas. Przekonanie to niestety pokutuje po dziś dzień, funkcjonując jako samospełniająca się przepowiednia: komercyjnych sponsorów wyścigach w Polsce jest bardzo niewielu, kierowcy mogą więc przy zbieraniu budżetu liczyć przede wszystkim na siebie, przez co na poważną rywalizację stać tylko nieliczne grono. Przekonałem się o tym na własnej skórze, będąc osobą, która swego czasu chciała spopularyzować motorsport w Polsce i zwiększyć jego przystępność dla zwykłych ludzi, nadać mu komercyjny wymiar, jednak musiałem skonfrontować się z brakiem zainteresowania, a przede wszystkim obojętnością i brakiem wiary ze strony osób reprezentujących szeroko pojęty biznes. Sporty motorowe w Polsce nie są też wspierane przez żadne instytucje państwowe, kierując się tymi samymi stereotypami o elitarności i snobistycznej naturze tej dyscypliny, natomiast Polski Związek Motorowy zajmuje się przede wszystkim ściąganiem opłat za członkostwo i partycypację w imprezach, a nie popularyzowanie swoich działań i poszukiwania metod ich rozwoju. Sytuacja trochę lepiej ma się w rajdach, ale i tam rozwój zawodników opiera się przede wszystkim o pieniądze płynące z kieszeni zawodników i firm z nimi powiązanych. Mimo że rajdy i wyścigi górskie ściągają w Polsce tysiące widzów, rywalizacja odbywa się nawet w tak prestiżowych miejscach jak w samym sercu Warszawy lub Sopotu, a niedawno gościliśmy na Mazurach jedną z rund Mistrzostw Świata WRC, praktycznie nie ma firm, które sponsorowałyby jakiś zespół, bez pozasportowych związków z kierowcą. Nawet imprezy związane z samochodami zabytkami, które mogłyby służyć za świetny sposób na propagowanie piękna klasycznego rzemiosła, przez ludzi "spoza branży" uważane są głównie za niepotrzebne zachcianki grupy niegroźnych wariatów. Tym sposobem przedsiębiorczy organizatorzy muszą walczyć nawet nie tyle z obojętnością, co nawet wrogim nastawieniem administracji i służb mających pracować tak naprawdę dla nas wszystkich, a z biegiem czasu znikają ostatnie relikty kultury motorowej - deweloperzy rozprawią się wkrótce z zupełnie dobrym (jak na nasze standardy) torem w Lublinie, a w Warszawie z jednym z najważniejszych obiektów w naszej historii jako producenta samochodów - torze testowym na Żeraniu.

Nawet na Litwie polscy kierowcy mogą cieszyć się taką popularnością, z jaką u nas nigdy się nie spotkali. Na zdjęciu pośrodku Ferrari zespołu StarMoto Racing, załogi Stańco/Marcinkiewicz.

Nie da się zbudować nagle torów ze stuletnią historią czy zespołów wyścigowych przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ale możemy dorobić się choćby takiej sceny, jaka jest w Czechach bądź na Litwie. U naszych południowych sąsiadów dużą popularnością cieszą się różnego rodzaju serie wyścigowe amatorów i weekendowych entuzjastów, a pieniądze dużych firm ściągają do lokalnych serii zawodników z doświadczeniem zdobytym w Formule 1. Na północy natomiast byłem na jednym z najciekawszych wyścigów w swoim życiu: na węźle komunikacyjnym dwóch dróg szybkiego ruchu na obrzeżach nadmorskiego kurortu Palanga ma miejsce 8-godzinny wyścig rozgrywany na dystansie tysiąca kilometrów. Wśród niezwykle obfitej stawki startujących znajduje się dosłownie wszystko, od Łady kombi po najnowsze wyczynowe Ferrari. Wokół toru na kilka tysięcy widzów (wśród nich wielu przypadkowych turystów, ale i osoby ściągające tu specjalnie także z Polski) czekają atrakcje pokroju koncertów największych krajowych sław, a sukces tego wydarzenia ściągnął sponsorów pokroju litewskiej sieci komórkowej Omnitel i... Orlenu, który zapewnia spektakularny sposób tankowania samochodów uczestników wyścigów - zjeżdżają oni z toru wprost na zwykłą, firmową stację benzynową, gdzie są napełniane z dystrybutorów. Całość jest przekazywana na żywo przez litewski odpowiednik TVP 1 w samym prime time, a wypowiedzi kierowców pokazywane w wiadomościach. Wielkie show i wielki efekt naprawdę małym kosztem. 

Skoro nasza krajowa scena wyścigowa wygląda tak jak teraz, zacznijmy chociażby od czegoś takiego. Zacznijmy przede wszystkim od zmiany sposobu postrzegania wyścigów - to ekscytujące, przejmujące wydarzenia, gdzie na wyciągnięcie ręki mamy rywalizujące na 100% możliwości imponujące maszyny. W Mistrzostwach Polski możemy podziwiać Ferrari i Porsche, obserwować zmagania młodych, ambitnych zawodników, a w wielu towarzyszących wyścigach pojawia się także coraz więcej interesujących pojazdów, także zabytkowych. Jak pokazuje coraz większa popularność i profesjonalizacja gokartów oraz spotkań typu track day we wszystkich zakątkach Polski, zapotrzebowanie na wyścigi jest. Wystarczy się przełamać - pierwsza okazja już za dwa tygodnie w Poznaniu, z weekendem pełnym wyścigowej akcji.

 

 

 

Za pomoc w zdobywaniu informacji dziękuję twórcom programu WiS a WiS, komentatorom 24-godzinnego wyścigu Le Mans na antenie kanału Eurosport.

Zdjęcia: materiały prasowe i promocyjne, autor. 

sobota, 16 czerwca 2012, mateusz.zuchowski

Polecane wpisy

Komentarze
ipolisa
2012/06/25 11:01:57
Polacy interesują się danym sportem, w momencie gdy zaczynamy jakieś sukcesy w nim odnosić. Owszem, jest wielu fanów F1, siatkówki czy skoków narciarskich. Gdy zaczęła się dobra passa polskich sportowców, zaczęła się też polska gorączka na ich punkcie. Każdy nagle stał się specjalistą i wie o danym sporcie więcej niż ktokolwiek inny. Gdy zaczynamy przegrywać, kończy się kibicowanie.