Mateusz Żuchowski
Jestem dziennikarzem motoryzacyjnym, publikuję w największych polskich magazynach i portalach internetowych. Komentuję wydarzenia przemysłu samochodowego w ogólnopolskich mediach.
RSS
Blog > Komentarze do wpisu

Kiedy Polacy dojrzeją do transportu publicznego

Mistrzostwa Europy w piłce nożnej oprócz wielkiego widowiska dało nam także możliwość kontaktu z licznie przybyłymi z zagranicy gośćmi. Była to świetna okazja do poczynienia obserwacji różnic kulturowych i zwyczajów między nami a innymi narodowościami. Także ja wyciągnąłem pewne stricte motoryzacyjne wnioski.

Owa rzecz, która wywołała u mnie najwięcej przemyśleń, to zaufanie do transportu publicznego. Na ulicach miast gospodarzy Mistrzostw, a nawet i innych, można było zobaczyć ogromną ilość obywateli Niemiec, Francji, Hiszpanii czy Włoch, natomiast prawie żadnego samochodu na zagranicznych rejestracjach! Polacy do ostatniej chwili darli szaty nad autostradą A2 i ubolewali nad brakiem połączenia drogowego między Polską a Ukrainą o zachodnim standardzie, tymczasem okazało się, że prawie żaden zagraniczny gość turnieju i tak naszych dróg nie zobaczył. Zamiast tego ci bogaci turyści woleli przeprowadzić oblężenie naszych lotnisk i stacji kolejowych.

Co było tego powodem? Czyżby do widzów przybywających na polskie mecze dotarła sława naszej infrastruktury drogowej, a może prowadzenie samochodu przegrało ze swobodą przy gustowaniu polskich piw? Moim zdaniem, powodu należy szukać wcale nie w nas, a w nich samych - zachodnich przyzwyczajeniach i standardach transportu. 

W Polsce pokutuje przeświadczenie o wyższości samochodu nad innymi sposobami przemieszczania się, czym niestety wszyscy utrudniamy sobie życie. W obliczu zarobków Polaków auto to nadal rzecz stosunkowo droga - a przez to - prestiżowa. Jest towarem luksusowym, symbolem statusu. W bardziej rozwiniętych gospodarczo krajach to natomiast narzędzie - takie jak latarka albo kosiarka. Nie każda sytuacja wymaga kupienia latarki, czasami można po prostu włączyć światło.

W krajach bogatszych od naszego podstawowym sposobem dostania się do pracy jest komunikacja miejska i podmiejska bądź rower. U nas te środki komunikacji kojarzone są przede wszystkim z niższymi klasami społecznymi. Zachłyśnięci niedawno osiągniętym kapitalizmem staramy się wywyższyć i odrobić stracone lata takimi zabiegami, jak eksponowanie korzystania z samochodu wszędzie, gdzie to możliwe. A nawet gdzie niemożliwe, jak centrum dużych miast czy popularne kurorty turystyczne. 

Obyci z samochodami Szwedzi czy Holendrzy pozostawiają takie zwyczaje entuzjastom motoryzacji i... snobom. Transport rozpatrują w kategoriach efektywności i komfortu (choć pojęcie to pod wieloma względami jest rozumiane inaczej niż u nas). Jeśli komuś samochód jest potrzebny tylko czasami, powszechne jest rozwiązanie dzielenia jednego między dwie rodziny lub sąsiadów. W Wielkiej Brytanii i Niemczech już nawet niektórzy producenci samochodów, jak Peugeot i BMW, prowadzą specjalne programy, w ramach których za stałą miesięczną opłatą można korzystać w miarę potrzeb ze wszystkich form mobilności oferowanych przez tę markę, tj. auta, roweru, skutera czy też wozu dostawczego. Tymczasem Polacy tkwią w przywiązaniu do posesywności, czują się bezpiecznie dopiero, gdy mają poczucie, że samochód jest ich własnością. Paradoksalnie ubolewają nad tym nasi importerzy, bowiem konsumenci na własne życzenie ograniczają swoje zdolności nabywcze (i cały rynek), żywiąc niechęć do różnych dogodnych form finansowania, jak leasing. 

W Warszawie mało który biały kołnierzyk zniży się do poziomu korzystania z metra bądź autobusów, tłumacząc to przede wszystkim niskim standardem podróżowania. Ale jeśli Polacy przejęliby zachodni styl komunikacji, naturalnym następstwem byłby rozwój taboru. Zresztą już teraz tak naprawdę argument ten traci na aktualności - sam regularnie korzystam z komunikacji miejskiej w kilku miastach i PKP i widzę godną uznania poprawę (ostatnio wrażenie zrobiła na mnie np. kolej na lotnisko im. Chopina). Istnieje potrzeba krzewienia tzw. "zrównoważonej mobilności": transportu wydajnego i wygodnego nie tylko dla podróżującego, ale także wszystkich wokół nich. Musimy zrozumieć, że bus pasy i opłaty za parkowanie w centrum nie są przeciwko nam. Bardziej niż o ceny paliw i płatne autostrady powinniśmy być zatroskani o dodatkowe opłaty przy cenach lotów i inwestycje w polskie dworce. Pracownik biurowy jadący w garniturze rowerem przez centrum dużego polskiego miasta to nadal widok egzotyczny, ale już dostrzegalny i wierzę, że mimo braku kultury kierowców i szacunku dla tego środka transportu ten trend będzie się jednak rozwijał, w imię wygody ich samych i mojej. 

Zjawisko to przypomina trochę sytuację z popularnością danych form nadwozia: klienci takich rynków jak polski, rumuński czy chiński szczególnie upodobali limuzyny - skoro poświęcają na ten zakup tyle pieniędzy, musi być to widać. Efektem są powstające na potrzeby tych krajów okrutnie niezgrabne sedany, zbudowane na siłę z małych aut kompaktowych, jak Renault Clio (Thalia) czy niegdyś Fiat Albea (trójbryłowe Punto). Wśród konsumentów o zasobniejszych portfelach dominują jak największe limuzyny i SUVy (często po poważnych przejściach, poważnie zagrażające bezpieczeństwu użytkowania), których właściciele używają najczęściej do poruszania się w pojedynkę po zatłoczonym mieście. Nikomu nie odmawiam prawa do luksusu, ale zachęcam do myślenia w bardziej racjonalnych kategoriach. Zachodnie kraje doskonale radzą sobie z mniejszymi, a spełniającymi nie gorzej swoją rolę modelami, takimi jak Audi A1 czy rewelacyjnie sprzedającym się Range Roverem Evoque. Póki Polacy nie zrozumieją jak ktoś może zapłacić taką cenę za samochód tej wielkości, bo przecież liczy się tylko wielkość, i jak może dojeżdżać do pracy kolejką podmiejską piastując wysokie stanowisko kierownicze, dalej nam będzie bliżej do standardów Azji niż Europy. W bardzo wielu aspektach życia - jest to kwestia o wiele ważniejsza i mająca wpływ na więcej rzeczy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka.

 

Zdjęcie: ZTM Warszawa.

środa, 11 lipca 2012, mateusz.zuchowski

Polecane wpisy

Komentarze
2012/07/11 15:59:01
Warszawa ma wyższy poziom przewozów zbiorkomem niż większość miast zachodniej Europy. Wyprzedzają nas bodajże tylko Paryż i Londyn ze swoimi sieciami metra.
Zatem artykuł jest mocno wydumany. To nie my mamy dojrzewać tylko ów zbiorkom.
-
2012/07/11 19:25:53
Towarzysz Autor to często korzysta z dobrodziejstw SKM-u tudzież WKD?
-
2012/07/12 00:29:49
AD 1:
Chyba gdzieś się nie rozumiemy - piszemy dokładnie to samo, tylko wyciągamy inne wnioski. Skoro Warszawa ma już dobrze rozwiniętą sieć transportu publicznego, to teraz my musimy dojrzeć do korzystania z jej pełni dobrodziejstw - piszę o nas jako usługobiorcach.

AD 2:
W Warszawie nie korzystam z nich często, ale np. w Trójmieście (gdzie przez pewien czas mieszkałem i choć raz w roku jestem) to dla mnie podstawowy środek komunikacji. Jestem świadom niedogodności, ale jakieś się zawsze znajdą - możemy jechać w zatłoczonym pociągu albo cieszyć się przestrzenią auta stojąc w korku. Tak czy inaczej chodziło mi o trochę szerszy punkt widzenia na sprawę - że część ludzi nie korzysta z komunikacji zbiorowej z niesłusznych przekonań i uprzedzeń, działając na krzywdę naszą i swoją własną.



Jednocześnie dla równowagi chciałbym się odnieść do dzisiejszego tekstu w Gazecie Stołecznej autorstwa Dariusza Bartoszewicza, poruszającego temat formy ulicy Świętokrzyskiej po remoncie. Sugeruje on, aby w rejonie Traktu Królewskiego droga ta powinna zostać zwężona do jednego pasu w każdą stronę z ograniczeniem do 30 km/h. Tutaj muszę stanąć w obronie samochodów - Świętokrzyska to jeden z głównych szlaków komunikacyjnych miasta i takie obostrzenia po pierwsze zwiększą korki, co wcale nie wpłynie korzystnie na komfort pieszych i rowerzystów, po drugie znacznie ograniczy przydatność jednej z największych inwestycji drogowych miasta ostatnich lat, czyli Mostu Świętokrzyskiego. Przywołuje on na myśl zachodnie standardy, jednak ja sam znam przykłady z Wielkiej Brytanii czy Francji, kiedy po wprowadzaniu bardzo wymyślnych i kosztownych rozwiązań (progi zwalniające, słupki, placyki, ronda, objazdy) musieli się przyznać że przekombinowali i burzyli to, wracając do zwykłej drogi.

Przesada może iść zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Mi zależy na złotym środku - tej zrównoważonej mobilności o której mówię. Miasto może być środowiskiem przyjaznym i efektownym dla nas wszystkich, ale nie musimy przy tym robić z całego deptaka albo festynu, tak jak nie musimy robić z niego betonu i parkingu.
-
2012/07/12 16:57:52
1. Autostrady są budowane dla Polaków, nie na Euro. Szaty darły głównie media.
2. Ilu Polaków musiałoby zrezygnować z samochodu, żeby Autor uznał, że Polacy dojrzeli. Czy ta teoria jest w jakikolwiek sposób weryfikowalna?
3. Polacy zachowują się jak nuworysze, bo nimi są. Dlaczego mieliby się tego wstydzić? Co jest złego w byciu nuworyszem?
4. /Paradoksalnie ubolewają nad tym nasi importerzy, bowiem konsumenci na własne życzenie ograniczają swoje zdolności nabywcze (i cały rynek), żywiąc niechęć do różnych dogodnych form finansowania, jak leasing. /
Czy Autor jest przedstawicielem handlowym albo lobbystą firm leasingowych albo dilerów? Leasing jest dogodną formą dla tego, kto go sprzedaje i dla dealera, który sprzedaje nowy, drogi samochód. Osoba kupująca stary samochód nie /ogranicza swoich możliwości nabywczych/, tylko je zwiększa, bo może kupić sobie coś więcej za zaoszczędzone pieniądze. W przypadku kupienia w leasingu zmniejsza dodatkowo swoje /możliwości nabywcze/ o odsetki i prowizje dla firmy leasingowej przez wiele lat. Cały rynek również się nie zmniejsza. Zmniejszają się jedynie zyski instytucji finansowych i dealerów. Jeśli importerzy nie mogą sprzedać samochodów niech zmniejszą ceny. A jeśli jest to niemożliwe, bo producenci produkują za drogo, mogą importować coś innego. Wielkość polskiego rynku zależy od wielkości polskiej produkcji, nie od kierunku konsumpcji. Fascynacja pobudzaniem gospodarki kredytami i leasingami we wszystkich epokach historycznych i wszelkich miejscach świata zawsze kończy się podobnie: kryzysami kredytowymi. Nawoływanie do pobudzenia sprzedaży kredytami ułatwiają państwom prowadzenie marnotrawnej polityki drukowania pustego pieniądza, dzięki czemu powstają kolejne nietrafione inwestycje, np. w nowe samochody przez osoby, które na nie nie stać. To inny temat, ale banki powinny mieć zakaz udzielania kredytów z pieniędzy przechowywanych na rachunkach bankowych i depozytach (vide Huerta de Soto), gdyż jest to naruszenie prawa własności do przechowywanych pieniędzy.
5. Z zakupów w leasingu korzystają firmy nie z powodu jego dogodności lub braku przesądów, ale z powodów podatkowych. Państwo postanowiło dotować firmy leasingowe i ograniczyło możliwość amortyzowania samochodów własnych.
6. /jeśli Polacy przejęliby zachodni styl komunikacji, naturalnym następstwem byłby rozwój taboru./ A jeśli to następstwo by nie nastąpiło?
7. /Bardziej niż o ceny paliw i płatne autostrady powinniśmy być zatroskani o dodatkowe opłaty przy cenach lotów i inwestycje w polskie dworce./ Dodatkowe opłaty przy cenach lotów biorą się z cen paliw, więc nie ma tu alternatywy. Czy osoby, które dojeżdżają do pracy w małych miejscowościach, gdzie nie ma regularnych autobusów mają porzucić samochody i chodzić na piechotę?
8. Codziennie jeżdżę koleją SKM w trójmieście i nie zauważyłem pustych wagonów, a wręcz przeciwnie. W Warszawie też nie widziałem pustego metra ani WKD, aczkolwiek jechałem tam kilka razy. W okolicach gdzie powstaje kolej miejska lub metro, natychmiast rosną ceny nieruchomości, więc chyba jednak jest odwrotnie. Polacy nie jeżdżą z braku takiej możliwości, a nie mentalności.
9. Przepraszam za długość. Pozdrawiam.
-
2012/07/12 20:26:01
Uprzejmie dziękuję za ten cenny, merytoryczny komentarz. Pozwoli Pan, że odniosę się do tych punktów zbiorczo, jako że część kwestii będzie się powtarzać.

Po pierwsze, najważniejszym przesłaniem mojego wpisu było zmotywowanie Polaków do rozpatrywania transportu zbiorowego jako poważnej alternatywy dla samochodu i zmiany poglądów na autobusy i tramwaje, jako środki transportu wykorzystywanego przez ludzi, których nie stać na zakup samochodu. Chodzi mi tu o ideę, mentalność i stereotypy, a nie sytuację, którą możemy zmienić administracyjnie w ciągu trzech czy pięciu lat. Ten mocno postawiony tytuł miał za zadanie skłonić do przemyśleń i wywołać debatę na temat polskich realiów transportu. To samo miałem na myśli także w przypadku np. cen lotów - chodzi mi o wyznaczenie kierunku myślenia, a nie mierzalne czynniki.

Odnośnie użytkowania w małych miejscowościach - transport publiczny już z definicji niestety nie jest niestety dopasowany do potrzeb poszczególnych ludzi, a ogółu. Można jednak maksymalnie dobrze wykorzystywać to co już jest, a nie przekreślać ze względu na to, czego jeszcze nie ma. Odwracając pytanie - a jeśli w centrum dużego miasta ma bus pasy i spędza kilkanaście minut na szukaniu miejsca na przepełnionych chodnikach i trawnikach, to czy ma porzucić MZK?

Poddaje Pan w wątpliwość tezę, czy za zwiększonym użytkowaniem transportu publicznego szło by podwyższenie jego usług. W Warszawie rzeczywiście jakość stoi już na wysokim poziomie i pole manewru chyba nie jest za duże (poza rozbudową metra i kolei), ale pamiętajmy, że piszę o sytuacji całej Polski - jeśli problem taboru byłby ważny dla większej ilości mieszkańców np. Łodzi albo aglomeracji śląskiej jestem przekonany, że miałby on większe znaczenie w miejscowym budżecie.

Odnośnie pytania co jest złego w byciu nuworyszem - dla mnie naprawdę nic, tak długo jak funkcjonowanie tej osoby nie ogranicza rażąco, a bezpodstawnie moich praw i komfortu (co się odnosi do osób o wszystkich pozycjach społecznych). Ponownie - celem tego wpisu była poprawa współistnienia w mieście i kompetencji społecznych, w miejsce wzajemnego utrudniania sobie życia.

Na końcu chciałbym się odnieść do pytania o lobbowanie konkretnych środowisk biznesowych - powiem zupełnie szczerze: nawet gdybym chciał, to wedle mojej wiedzy w polskich mediach motoryzacyjnych nie ma na to miejsca :) A tak zupełnie serio - ta konkretna uwaga wynikała z moich rozmów z polskimi przedstawicielstwami marek i sprzedawców. Siłą rzeczy spędzam z nimi dużo czasu i wymieniam się myślami i wnioskami, tak więc uwzględniam ich punkt widzenia i spostrzeżenia i nie będę się z tym krył. Nawiązując jeszcze do opinii dotyczącej kredytów przyznam się także, że nawet pomimo obecnej sytuacji gospodarczej dalej mi jest personalnie bliżej do Friedmana niż Keynesa.

Pozdrawiam również i zapraszam do dalszego komentowania.
-
ipolisa
2012/07/17 16:38:51
Pod wieloma względami zgadzam się z autorem. Wydaje mi się jednak, że nie chodzi tylko o to że samochód to dla Polaka przedmiot luksusowy. Gdybyśmy mieli w Polsce takie pociągi jak we Francji, dwa razy nowocześniejsze, kilkukrotnie szybsze ludzie chętniej przesiadli by się do transportu publicznego. W weekend podróżowałam na trasie Wrocław-Kraków. Standardy w 2 klasie były zadowalające, aż się pozytywnie zdziwiłam.
-
62monia
2012/07/31 10:03:44
Po mieście - głównie rower, pracuję za blisko domu, aby wsiadać do auta. Ale już gdzie indziej - oczywiście samochód. Nie wyobrażam sobie, abym z mężem, dzieciakami i masą toreb miała się tarabanić do pociągu.